![]() |
Szczudło |
Witryna |
|
|
|
|
|
|
|
||||||
|
genealogiczna |
|
|
|
|
|
|
|
|
Od Andrzeja |
||
|
Radość z genealogi |
||
![]() |
O genealogii pierwszy raz pomyślałem w latach 80. kiedy to przeczytałem anons białostockiego Biura Heraldycznego w gazecie, chyba „Współczesnej”. Z grubsza brzmiał on następująco; przyślij swoje nazwisko, a my ci opracujemy historię rodu. Wysłałem dwa nazwiska; ojca – Szczudło, i matki – Buchowska. Po kilku tygodniach dostałem odpowiedź, że o Buchowskich to owszem, Biuro Heraldyczne może mi historię napisać, o Szczudłach, nie. Zamówiłem więc historię rodu Buchowskich, z herbem, a jakże – Sas. | |
Historia, doprowadzona do XIX wieku była ciekawa i co ją uwiarygodniało wobec mnie, kilkoma elementami dotykała Ziemi Sejneńskiej. Najpierw czułem radość, bo historia ciekawa, przodkowie wspaniali, korzeń rodzinny mocny. Z czasem jednak pierwotną radość zaczęło zakłócać zwątpienie czy opracowanie nie jest napisane na życzenie. Na upewnienie się, że historia Buchowskich ma pokrycie w faktach i jest opisana w poważnych materiałach genealogicznych (np. w herbarzu Bonieckiego), musiałem poczekać sporo latek. W międzyczasie jednak przytrafił mi się wyjazd do USA. Będąc w Chicago przypomniałem sobie, że słyszałem gdzieś o braciach dziadka, którzy rzekomo wyjechali za ocean i zginęli w kopalniach Pensylwanii. Jeśli wyjechali to pewnie zostawili jakiś amerykański ślad – myślałem. Bardzo uwrażliwiłem się na książki telefoniczne i stale poszukiwałem w nich swojego nazwiska rodowego – Szczudło. Szczudłów znalazłem w Chicago kilku, Casimira, Mike'a, Steve'a.
Kilka tygodni przymierzałem się do odbycia strategicznej rozmowy telefonicznej. Najpierw zadzwoniłem do Steva, ale załatwił mnie szybko twierdząc, że jest Ukraińcem. Nie umiałem pociągnąć wątku dalej, bo nic nie słyszałem o związkach Szczudłów z Ukrainą. Po jakimś czasie zdobyłem się na telefon do Casimira. Pierwsze miłe zaskoczenie – rozmawia po polsku. Drugie – swoich przodków wywodzi z Suwalszczyzny. Na tym etapie nie znałem innych, poza moimi, Szczudłów na Suwalszczyźnie. Nie dziw więc, że zrobiło mi się gorąco. W kilkunastominutowej rozmowie Casimir Szczudlo opowiadał o swojej rodzinie; o zmarłym w latach pięćdziesiątych ojcu Franciszku, który przybył do USA na początku XIX wieku, o licznym rodzeństwie rozproszonym już od Kalifornii po Chicago. Powiało sensacją (mezalians?) kiedy usłyszałem, że Franciszek w Stanach ożenił się z Kazimierą Walewską.
Robiłem notatki, aby nie uronić ważnych szczegółów. Casimira prosiłem przede wszystkim o sprawdzenie w rodzinnych archiwach imienia jego dziadka. Gdyby był to Adam, świadczyłoby to, że jesteśmy rodziną. Umówiliśmy się, że w ciągu tygodnia Casimir przepyta rodzeństwo w tej sprawie i zadzwoni do mnie. Czekałem niecierpliwie każdego popołudnia. Nie zadzwonił. Zadzwoniłem do niego ponownie ja. Tym razem zaskoczył mnie czym innym. Był zimny i zbywał mnie wyraźnie. Kiedy zamiast informacji o przodkach usłyszałem, że nie ma czasu na rozmowę i spotkanie, zwątpiłem. Po namyśle postanowiłem jednak nie odpuszczać. Telefonicznie poprosiłem mamę o wizytę w parafialnym archiwum w Sejnach i wyszukanie Franciszka. Ku mojemu zaskoczeniu i zadowoleniu, w aktach metrykalnych parafii sejneńskiej udało się znaleźć Franciszka Szczudło urodzonego ..... w Zagowcu (od lat 70. Zagowiec nosi nazwę Gawieniance), gdzie moja rodzina mieszka przecież do dziś. Kiedy oficjalny wyciąg z akt metrykalnych z pieczęcią Diecezji Łomżyńskiej dotarł do mnie, do Chicago, skserowałem go i wysłałem Casimirowi. Nic to jednak nie zmieniło. Odzewu nie było.
Zniechęcony
zdobyłem się na telefon do kolejnego Szczudły z chicagowskiej książki
telefonicznej. Mój rozmówca, Mike był miły i chociaż też podawał się za Ukraińca
(ojciec Steva, z którym rozmawiałem na początku), zaprosił mnie na spotkanie w
cerkwi, gdzie pełnił jedną z pomocniczych funkcji. Już samo miejsce spotkania;
cerkiew prawosławna w Chicago, wydawało mi się wystarczająco atrakcyjne, aby tam
się wybrać. Za pierwszym razem miałem jednak pecha. Mike'a nie było, a jego
przemiła żona Anna poinformowała, że akurat dzień temu trafił do szpitala. Po
kilku tygodniach ponowiłem kontakt telefoniczny i znów umówiłem się na
spotkanie. Tym razem zastałem Mike'a w podziemiach cerkwi, gdzie miejscowi
parafianie – jak w Sejnach przed kościołem – zwykli spotykać się po mszy. Mike
Szczudlo – mężczyzna około sześćdziesięcioletni zaprosił mnie do Klubu
Ukraińskiego. Poczułem się wtajemniczony mijając drzwi z napisem „members only”
(ang. tylko dla członków).
Rozmowa była miła. Dowiedziałem się z niej, że mój rozmówca pochodzi ze wsi
Gainy Wyżne pod Drohobyczem. W USA znalazł się po wojnie. Ma sporo członków
rodziny w Polsce, przemieszczonych po wojnie spod Drohobycza głównie do wsi
Dzierżążno Wielkie pod Trzcianką. Przypomniałem wtedy sobie, że Tadeusza
Szczudło – członka tej rodziny już spotkałem kiedyś we Wrocławskiem. Niestety ci
Szczudłowie bezpośrednio nie kojarzyli się z moimi.
W kilka lat później, już po powrocie do kraju moje zainteresowanie genealogią odżyło ponownie. Zapisałem się do grupy dyskusyjnej Polish Roots (ang. polskie korzenie) w internecie i od tego czasu codziennie dostawałem kilkanaście listów od zainteresowanych genealogią obcokrajowców, głównie Amerykanów. Wielu z nich użalało się na brak odzewu od ich zamieszkałych w Polsce kuzynów. Zbuntowany, że ja mam akurat odwrotnie, nie mogę doczekać się odzewu swoich amerykańskich kuzynów, opisałem swoją sprawę na forum. Dostałem kilkadziesiąt listów, w których różni ludzie współczuli mi, a nawet deklarowali pomoc. Jednak przekonany, że nic na siłę, odstąpiłem od zamiaru nalegania na kontakt. Znajomi polonusi komentowali to jednoznacznie; na pewno rodzina, boją się, że możesz domagać się spadku czy wsparcia i dlatego wolą milczeć.
W 2000 roku na stronie mormonów Family Search w internecie znalazłem sporo informacji o różnych osobach o nazwisku Szczudło. Przeważnie dotyczyły one emigrantów amerykańskich. Na portalu zostawiłem wtedy krótką informację w rodzaju: Halo Szczudlowie, co myślicie o pomyśle zorganizowania kiedyś zjazdu rodzinnego? Czy to nie dobry pomysł? Przez kilka lat zareagowało na to kilkadziesiąt osób, które kojarzyły się z tym nazwiskiem. Między innymi odezwała się Sandy G., która okazała się wnuczką mojego nieszczęsnego Casimira. Długo wybierała się na cmentarz, aby sprawdzić informacje o swoich przodkach. Ostatecznie zdeklarowała się jako pochodząca z terenów Polski, z Raczek.
W 2004 roku korzystając z internetu dotarłem do nowych wiadomości na temat Szczudłów. Na stronie Family Search, prowadzonej przez mormonów, wyszukałem ich 52, z których aż około 10 wiąże się rodzinną wsią mojego ojca Zygmunta, z Zagówcem koło Sejn. Byłem zaszokowany lekko kiedy w rejestrach kościoła mormonów w Salt Lake City w USA znalazłem wiadomości o naszej małej wiosce.
Jako kluczowa osoba jawi się tu Paweł Szczudło ur. około 1809 roku w Teolinie pod Sopoćkiniami, syn Andrzeja I. Paweł był dwa razy żonaty; z Marianną Gorczyńską, a w rok po jej śmierci, w 1886 roku ożenił się z Marianną Romańską. Z pierwszą miał 8 dzieci, z których kilkoro umarło w młodocianym wieku. Prawdopodobnie był bardzo ciekawym i ruchliwym człowiekiem, gdyż w zachowanych do dziś dokumentach metrykalnych związany jest z Zagowcem, Birżyniami, Łumbiami, Żegarami. Figuruje tam najpierw jako mistrz profesyi tkackiej, potem szynkarz z Łumbiów i z Zagowca, wreszcie jako ogrodnik i gospodarz z Zagowca. Jego córka Floryanna Wiktorya, ur. 1834 wyszła zamąż za Tomasza Łabanowskiego z Radziuszek w 1854 roku. Po latach trafiła do Ameryki i to jej dociekliwym potomkom zawdzięczam pojawienie się w internecie, na stronie mormonów informacji o moich Szczudłach.
Mój pradziadek Adam był ostatnim z dzieci Pawła i urodził się w 1847 roku w Żegarach. Fakt ten jak i to, że gospodarze z Żegar pojawiają się kilkakrotnie jako świadkowie narodzin, ślubów i zgonów, sugeruje, że zapewne jakiś czas tam mieszkał, zanim wyprowadził się do Łumbi, potem do Bierżyń i wreszcie do Zagowca, gdzie zmarł w 1895 roku.
W czasie wakacji 2005 roku odważyłem się wreszcie odwiedzić Szczudłów z Augustowa, których istnienie w książce telefonicznej namierzyłem już chyba 20 lat temu. Okazało się, że pochodzą z Rzepisk koło Kolnicy i to ich linia szeroko rozmnożyła się w Ameryce. Historia o tym, opowiedziana mi przez Stanisława zasługuje na oddzielny tekst.
W internecie jest więcej Szczudłów (przeważnie zapisanych jako Szczudlowie), ale tamci na razie mniej mnie obchodzą, gdyż wywodzą się okolic Tarnowa (np. Pustków, Nagoszyn) i Krakowa (np. Kłaj). Intrygujący jest wykaz Szczudlów zapisanych jako ewangelicy z Marggrabowej w Prusach Wschodnich. Odkryciem dla mnie było stwierdzenie, że Marggrabowa to dawna nazwa Olecka, gdzie przecież mieszkaliśmy i gdzie rozpoczynałem naukę w szkole podstawowej.
Gdyby okazało się, że moi Szczudłowie przyszli z Prus Wschodnich, to moja
pierwotna teoria, bazująca na rozmieszczeniu Szczudłów w Polsce, ległaby w
gruzach. Przypuszczenie, że linię sejneńską Szczudłów zapoczątkował ktoś z
południa Polski, spod Krakowa lub Tarnowa, gdzie ludzi o tym nazwisku jest
najwięcej, a który osiadł w miejscu gdzie był w wojsku, może na placówce
przygranicznej w Sejnach, trzeba cofnąć w czasie. Być może emigrant krakowski
Szczudło osiadł w Marggrabowej, a jego potomkowie przemieścili się kilkadziesiąt
kilometrów dalej; jeden do Raczek w kierunku Suwałk, drugi do Teolina pod
Grodnem, trzeci do Kolnicy (lub Rzepisk) pod Augustowem. Ci z Raczek mają swoich
potomków w USA, teolińscy w Sejnach, a kolniccy w Augustowie (i również w USA).
Do Ameryki na pewno trafiła też co najmniej jedna reprezentantka Szczudłów
sejneńskich, czyli moich. Mam tu na myśli siostrę mojego pradziadka Adama,
Floryannę Wiktoryę Szczudło, po mężu Łabanowską. Jej potomkowie, przy wsparciu
fachowym Christiny Shukaitis z Wilmington w 1999 roku szukali dokumentów w
polskich archiwach i parafiach. Skutecznie jak widać, bo to dzięki nim wszedłem
w posiadanie aż 6 metryk moich przodków, co pozwoliło mi cofnąć się w
poszukiwaniach aż do piątego pokolenia i roku 1780.
Zagadką jest linia Juliana Karla Szczudło ur. w 1844 roku. Na zapiski o jego
osobie lub o potomkach mam nadzieję jeszcze trafić w czasie penetracji archiwów
kościelnych.
Pisząc o swoich zainteresowaniach genealogią chciałbym zachęcić innych do poszukiwań, aby – podobnie jak ja na początku – nie zniechęcali się plebejskimi korzeniami i faktem, że ich przodkowie byli niepiśmienni. Informacje metrykalne spisane przez księży są wystarczająco bogate i ciekawe, żeby można było z nich odtworzyć całkiem ciekawą historię rodu.
Andrzej Szczudło
Artykuł publikowany w Piśmie Polaków i Litwinów GA£ADUŚ nr 9-10,2006 r.
|
Aktualizacja: grudzień 2007 |
|
Kodowanie: Unikodo UTF-8 |
|
|
Aktualigo: decembro 2007 |
Bonvolu skribi al Andreo |
© Andrzej Szczudło 2006 |