Kromplewski

Witryna

Esperanta indekso   Беларускi iндэкс   Český index   Deutscher Index   English index   Índice español   Index français

genealogiczna

Magyar index   Indice italiano   Index lietuviškai  

Indeks polski

 

Index în limba română

  Slovenský index   Український iндекс

 

Dwa słowa o sobie

     Zgodnie z przyjętą zasadą , pisząc stronę internetową o mojej rodzinie najpierw należy przedstawić się osobiście i to właśnie czynię w formie wspomnień i życiorysu.

Na zdjęciu od lewej: Moi rodzice Franciszek Kromplewski i Helana z domu Piewiszkis

      Urodziłem się w 1948r w małej miejscowości Plateryszki, parafia Smołwy na Wileńszczyźnie. Miejscowość Plateryszki nazwę swą wzięły od Daniela Gotarda Broel Platera, który w 1690r był współwłaścicielem miejscowości Smołwy. Z tego rodu pochodzi między innymi Emilia Plater znana z historii jako uczestniczka powstania styczniowego. Moi rodzice Franciszek i Helena Piewiszkis ślub wzięli w Smołwach w 1931r. Mama pochodziła z Plateryszek, ojciec z Matejkiszek , a urodził się w Kajatach parafia Widze. Mieli siedmioro dzieci tzn. Janek, Bronisława, Regina, Marian, Wanda, Walerian i Franciszek. Przed wojną rodzice moi mieli gospodarstwo rolne i mieszkali w chacie z drewnianych bali pokrytej słomą. W związku z tym, że chata była w kiepskim stanie rodzice wybudowali opodal nowy ładny i wygodniejszy dom. Długo tym domem nie nacieszyli się, bo nadeszła druga wojna światowa. Gdy zbliżył się front w miejscu gdzie były budynki moich rodziców i sąsiadów usadowili się Rosjanie ze swoim ciężkim sprzętem i katiuszami. Natomiast po drugiej stronie rzeczki pozycje swoje zajęli Niemcy. Rozpoczęła się kilkudniowa walka z użyciem ciężkiego sprzętu bojowego i lotnictwa. W naszej chacie Rosjanie urządzili punkt sanitarno – opatrunkowy. Rodzice z rodzeństwem musieli uciekać ze swojego domu i chronić się w schronach przed bombami i gradem pocisków. Moja mama miała w tym czasie dwoje rodzeństwa- bliźniaki. Był to brat Walerian i siostra Wanda. Brat przeżył te ciężkie czasy frontowe , natomiast siostra zmarła. Gdy ustały działania wojenne rodzice z całą rodziną powrócili do swojego domu, którego już nie zastali bo został spalony. Pozostała tylko chata, a wkoło niej wszystko było spalone , zniszczone łącznie ze zbożem i całym dorobkiem życia. Z tego co dorobili się przed wojną pozostał tylko jeden kurczak i kot bez ogona, życie trzeba było zaczynać zupełnie od nowa. Były to bardzo ciężkie czasy , nastała władza sowiecka, likwidacja prywatnej własności i kolektywizacja. Zostały obowiązkowo założone kołchozy i obowiązkowa w nich praca. Brakowało podstawowych środków do życia, a za pracę w kołchozie otrzymywało się głodową wypłatę raz do roku. W tych warunkach doczekaliśmy się 1956 roku w którym to ojciec otrzymał zgodę na wyjazd do Polski. Ojciec takie starania podjął tuż po wojnie, ale nie dawano mu zgody, ponieważ nie posiadał osobistych dokumentów potwierdzających , że jest Polakiem. Dokumenty te uległy spaleniu wraz z nowym domem. Ostatecznie taką zgodę otrzymał opierając się na dokumentach brata Wacława.Zanim opiszę nasz wyjazd wspomnę parę słów, co ja zapamiętałem jako niespełna siedmioletni chłopiec. Dobrze pamiętam chatę ,w której mieszkaliśmy. Składała się ona z trzech izb. W największej izbie był stół, ławy oraz duży piec do pieczenia chleba, na którym można było wygodnie leżeć i ogrzać się, natomiast w następnej izbie stały krosna do tkania płótna i moździerz do tłuczenia ziarna. Położenie tej chaty było bardzo piękne. Na wzgórzu, pod lasem, opodal rzeczki w której była bardzo czysta woda, a w niej pływały ładne okazy ryb, które łowił brat Marian. Za rzeczką była żwirownia , a za żwirownią piękne jezioro Smołwieńskie, w którym wielokrotnie kąpałem się jako mały chłopiec z bratem Walerianem i Marianem. Często z bratem chodziłem do lasu na grzyby i czarne jagody, które lubiłem zbierać, a było ich bardzo dużo, miałem z tym problem, bo po nazbieraniu nie mogłem donieść ich do domu.

Na zdjęciu od lewej:  Franciszek Kromplewski, Walerian Kromplewski i mama Helena (Plateryszki 1956r)

Nadszedł czas wyjazdu - repatryjacji do Polski . W miesiącu sierpniu 1956r podstawiony został pod naszą chatę samochód ciężarowy przez kołchoz, w którym pracował ojciec i brat Marian. Załadowaliśmy się do niego z całą rodziną i z bagażami. Po pożegnaniu się z sąsiadami odjechaliśmy, pozostawiając naszą rodzinną chatę , gdzie ja, moje rodzeństwo , moja mama i babcia urodziliśmy się. Samochód zawiózł nas na stację kolejową do Turmont [Turmontas], gdzie sporo rodzin z bagażami oczekiwało na pociąg. Jak został podstawiony pociąg zajęliśmy miejsca w przedziale, a ja oglądałem przez okno co się dzieje na peronie. Pozostał tam mój najstarszy brat Janek i ojciec. Długo stali objęci , płakali było to ich ostatnie pożegnanie. Brat Janek nie jechał z nami do Polski. Wziął ślub ze swoją wybranką w kwietniu 1956r i pozostał na Litwie. Żoną jego była Jadwiga Czyżewska, pamiętam ładna dziewczyna , której obecnie rodzina mieszka w Polsce i na Litwie. Przed ślubem Janek odbył obowiązkową i ciężką służbę w Armii Czerwonej w Kazachstanie i nigdy nie był w domu na przepustce. Zwolniony został dopiero do domu po odbyciu trzyletniej służby. Do Polski jechało nas razem 6 osób: ja, brat Marian, Walerian, siostra Bronisława i rodzice. Siostra Regina zmarła jak była malutka, została pochowana na cmentarzu w Smołwach. Nadszedł czas odjazdu, po pożegnaniach pociąg ruszył, płakaliśmy i machaliśmy do wszystkich , którzy przyszli pożegnać swoje rodziny wyjeżdżające do Polski. Pozostawiliśmy ojczysta ziemią , gdzie rodzili się i umierali moi przodkowie mieszkając przez setki lat . Pozostały tam ich szczątki i mogiły, oraz nasza rodzina z nową władzą radziecką , która miała być dobrodziejstwem dla ludzkości.
Po kilku dniach jazdy z przerwami pociąg dowiózł nas do Kętrzyna, gdzie po przywitaniu się z rodziną, zatrzymaliśmy się na dwa dni u mojej sympatycznej cioci Stefanii Sienkiewicz. Następnie przenieśliśmy się do mego wujka Piotra Wilczyńskiego, który mieszkał na wsi Stara Różanka kolonia Zacisze.

Na zdjęciu: Szkoła Podstawowa kl 5 Z nauczycielką Jadwigą Arułkowicz i  nauczycielem Umbrasem Władysławem (Zakopane 1961r)

Zamieszkaliśmy wspólnie z wujkiem , który wraz z żoną Stefanią prowadził gospodarstwo rolne. Siostra Bronisława pozostała w Kętrzynie i podjęła pracę w kuchni w Oficerskiej Szkole Wojsk Obrony Pogranicza. Z wujkiem mieszkaliśmy kilka miesięcy , a następnie zajęliśmy obok wolne gospodarstwo rolne. Od tej chwili mieliśmy swój dom , zabudowania gospodarcze i 15 ha ziemi i nic więcej. Stopniowo dzięki pomocy wujka i wujenki zaczęliśmy gospodarzyć i dorabiać się własnego sprzętu gospodarczego i innych środków potrzebnych do życia. Nie było nam łatwo, ponieważ w 1956r wszystkie gospodarstwa i ich wyposażenie po Niemcach były dawno rozdzielone między ludność , która napłynęła na te tereny w 1945 i 1946r .Gospodarstwem zajęli się rodzice i brat Marian , natomiast ja i brat Walerian rozpoczęliśmy naukę w szkole podstawowej w Starej Różance , a następnie w Nowej Różance.
Były to dla nas trudne czasy, ponieważ po roku naszego pobytu zmarł ojciec, więc ciężar pracy na gospodarce spadł na moją mamę i brata Mariana. Gospodarząc wspólnie z wujkiem z roku na rok dawaliśmy sobie coraz lepiej radę. Brat Walerian po ukończeniu Szkoły Podstawowej podjął naukę i pracę w charakterze masarza w Kętrzynie . Obecnie mieszka w Kętrzynie wraz z żoną Barbarą, ma dwóch żonatych synów Krzysztofa i Andrzeja , oraz dwie urocze wnuczki Łucję i Aleksandrę .

Po pochodzie 1-szo majowym koledzy z technikum od lewej Pędziwiatr Janusz , Mazurkiewicz Jan,  Marek Matoszko, Franciszek Kromplewski (Kętrzym 1967r)

Natomiast ja po ukończeniu Szkoły Podstawowej pomyślnie zdałem egzamin wstępny do Technikum Mechanicznego w Kętrzynie i od miesiąca września 1962r rozpocząłem pięcioletnią naukę wtym technikum. Z wielką sympatią przypominam sobie naukę w tej szkole , a szczególnie wycieczkę rowerową z naszym wychowawcą Skolimowskim na trasie Święta Lipka , Mrągowo, Pisz , Orzysz, Mikołajki, Giżycko, Kętrzyn. Pamiętam, że w ostatnim dniu tej wycieczki jedni koledzy bez problemu dojechali do Kętrzyna, a inni pogubili się ipozostali z daleko z tyłu bo nie mieli kondycji dojechać. Ja byłem w dobrej sytuacji bo często jeździłem rowerem do szkoły na trasie Stara Różanka –Kętrzyn, więc jazda nie sprawiała mi problemu. Ponadto sporo pracowałem fizycznie pomagając mamie w gospodarstwie rolnym .Do dziś pamiętam nazwiska moich najbliższych kolegów z technikum tj. Żemajtis Ignacy , Waldemar Kotowicz , Świderski Janusz, Nahorny Jan, Hajdasz Henryk, Marek Matoszko, Roman Skindel i inni. Pamiętam także nazwiska niektórych profesorów , którzy mnie uczyli tzn. dyrektor Plisko i Gabriela Jocz, matematyka –Wachulska , j.polski Grochowska, historia –Muszyński, przedmioty zawodowe- Szczęśniak, Kozłowski, i inni.
Szkoła ta dała mi średnie wykształcenie zakończone maturą dn. 17.05. 1968r i w tym roku podjąłem także pracę w Kętrzyńskiej Fabryce Sprzętu Elektrotechnicznego -Farel. Prace tą wykonywałem na stanowisku mistrza na puszkach , a następnie jako technolog odbywając roczny staż i zdobywając doświadczenie zawodowe. Przez pewien okres mieszkałem w mieszkaniu zakładowym przy Farelu z Januszem Świderskim. Z wielką przyjemnością przypominam te czasy . Chodziliśmy wspólnie na zabawy , a czasami na dancingi do kasyna oficerskiego przy jednostce wojskowej WOP w Kętrzynie. Przypominam sobie jaka tam była wspaniała i miła atmosfera jak pięknie grała orkiestra. Nie było łatwo dostać bilety wstępu do kasyna oficerskiego, pomagała w tym moja siostra Bronisława, która pracowała w jednostce wojskowej.
Na gospodarstwie rolnym pozostała mama i brat Marian. W roku 1973 mama przekazała gospodarstwo rolne dla państwa , a w zamian otrzymała rentę i mieszkanie w Biedaszkach , natomiast brat podjął pracę w Kętrzynie jako operator sprężarek w Farelu. Po przejściu na emeryturę brat nadal mieszka w Kętrzynie wraz z żoną Janiną ,a w ramach hobby zajmuje się wędkowaniem ryb.
Ja w tym czasie pracując w Kętrzynie utrzymywałem kontakt ze swoim wujkiem Piotrem i wujenką Stefanią, która po wielu latach poszukiwań odnalazła swoją bardzo liczną rodzinę w Kłodzku. Od tego czasu przyjeżdżała w odwiedziny do niej i zarazem na Mazury . Pewnego razu przyjechał jej szwagier Kaczmarek Ryszard  z żoną i dziećmi . Był on dyrektorem Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w Kłodzku. Zaproponował mi pracę w swojej firmie łącznie z mieszkaniem. Ja jako młody chłopiec ciekaw nowych wrażeń i chętny na atrakcyjne warunki nowej pracy i płacy propozycje tą przyjąłem. Od kwietnia 1971 pracowałem jako brygadzista warsztatowy przy remoncie sprzętu drogowego w jego firmie.

Najstarszy brat Jan Krumplewski z żoną Jadwigą Czyżewską, syn Czesław i córka Wanda (Litwa 1964r)

Po 6-ciu miesiącach pracy wybrałem się na urlop na Mazury do mojej mamy i braci. Zastała nas tragiczna wiadomość z Litwy. Okazuje się , że mój najstarszy brat Janek , który pozostał na Wileńszczyźnie, miał wypadek. Jadąc motorem wraz z córką zatrzymał się z powodu awarii motoru przy drodze. Za nim jechał kombajn, którym kierował piany kombajnista. Uderzył kombajnem w brata , który niestety tego wypadku nie przeżył, zmarł po paru dniach. Pozostała po nim bratowa z trójką dzieci w tym córeczka malutka na ręku. Bratowa do dziś nie może zapomnieć tej tragedii, opowiada ją z płaczem.
Po tym smutnym wątku wracam ponownie do mojej pracy w Kłodzku. Praca ta nie była łatwa, trzeba było kierować ludźmi , podejmować trudne decyzje i na czas remontować popsuty i zniszczony sprzęt drogowy. Pomału nabierałem doświadczenia i praktyki, radziłem sobie w nowej i zupełnie obcej pracy. Kiedy już zaczęło się wszystko dobrze układać, okazało się, że w tej firmie źle się dzieje, są nadużycia i afery. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że w te nadużycia jest zamieszana dyrekcja i kierownictwo zakładu. W tej sytuacji został odwołany dyrektor Kaczmarek . Atmosfera pracy w tej firmie znacznie się pogorszyła, nie miałem wsparcia ze strony dyrektora, którego już nie było. A w śród pracowników była przyjęta zasada, że ten kto pije to jest dobry , a kto nie pije to jest kapuś. Nie mogłem tych warunków zaakceptować i w tej sytuacji zacząłem rozglądać się za nową pracą. Pewnego razu wziąłem gazetę do ręki i wyczytałem, że Fabryka Maszyn Rolniczych Agromet „Archimedes” we Wrocławiu poszukuje wielu pracowników, a w tym także technologów. Po kilu dniach pojechałem tam , przeprowadziłem rozmowę z głównym technologiem i z działem kadr. Zaproponowano mi znacznie korzystniejszą pensję, bardzo dobry zakładowy hotel wraz ze stołówka zakładowa. W miesiącu sierpniu 1972 rozpocząłem pracę w „Archimedesie” jako technolog. I tu dopisało mi szczęście, bo trafiłem do grupy bardzo fajnych technologów, którzy nauczyli mnie jak fachowo należy opracować technologię. W śród tych technologów było wielu fachowców , którzy mieli praktykę przedwojenną , robili technologię bardzo dokładną i szczegółową dla potrzeb przemysłu zbrojeniowego , ponieważ „Archimedes” w latach powojennych także zajmował się produkcją zbrojeniową. W tym zakładzie poznałem wielu sympatycznych kolegów, z którymi zwiedzałem Wrocław, chodziłem na dyskoteki i zabawy. Praca w tym zakładzie układała się ciekawie, a rozrywek nie brakowało. Ze szczególnym zainteresowaniem zajmowałem się wynalazczością, należałem do Zakładowego Klubu Techniki i Racjonalizacji oraz Naczelnej Organizacji Technicznej. Złożyłem kilka interesujących projektów wynalazczych, dzięki którym wygrałem Turniej Młodych Mistrzów Techniki. W nagrodę oprócz normalnego wynagrodzenia otrzymałem wycieczkę na trasie Moskwa –Nowosybirsk -Irkuck – Brack, oraz następną Moskwa –Leningrad -Tallin. Z tych wycieczek szczególnie utkwiło mi w pamięci mauzoleum Lenina, spotkanie z młodzieżą Komsomołu i wiele innych pomników komunizmu , które musieliśmy zwiedzać obowiązkowo z przewodnikiem. Będąc w Nowosybirsku zabrałem się z kolegą zupełnie prywatnie na przejażdżkę motorówka z Rosjaninem po wielkim zalewie przy rzece Ob. Była to wielka przyjemność płynąć i oglądać wielkie i rozległe miasto syberyjskie . W pewnym momencie motorówka zepsuła się jak byliśmy ponad 2km od brzegu, przyznam , że mieliśmy stracha, ale Rosjanin spokojny i opanowany powiedział niczewo, niczewo i zatrzymał przejeżdżającą obok inną motorówkę , która nas dowiozła do naszej grupy. Następnego dnia mieliśmy odlot samolotem do Irkucka nad jeziorem Bajkał. Byliśmy w tym mieście krótko, ale pamiętam jak przewodnik dyskretnie pokazał mi ręką piękny strzelisty kościół, wybudowany przez polskich zesłańców. Oczywiście ten kościół w tym czasie był nieczynny, został zamieniony na filharmonię. Następnie pojechaliśmy nad piękne jezioro Bajkał , moczyliśmy tam nogi w zimnej syberyjskiej wodzie , która już zaczynała zamarzać, był to miesiąc wrzesień 1978r. Wspomnę jeszcze następny nasz przelot samolotem do Bracka , gdzie zwiedziliśmy potężną hydroelektrownię nad rzeką Angara. Po Bracku nastąpił powrót do Wrocławia przez Nowosybirsk, Omsk, Moskwę i Warszawę.

Mój ślub z Haliną Iwańską (USC Wiązów 1975r)

We Wrocławiu życie toczyło się ciekawie i wesoło. Będąc w kawiarni Miranda poznałem ładną studentkę o imieniu Halina. Wspólnie z nią chodziliśmy na rajdy studenckie ,dyskoteki , zwiedzaliśmy Wrocław i Dolny Śląsk. Następnie odwiedziłem jej dom rodzinny , poznałem rodziców i jej rodzeństwo. W sierpniu 1974r wzięliśmy ślub cywilny i kościelny w jej rodzinnej parafii we Wiązowe koło Strzelina.

Rodzina żony Haliny Iwańskiej od lewej Teresa, Krystyna, mama Helena z Julją, Stefania,  ojciec Tadeusz z Piotrem, Halina i  Stanisław (Wyszonowice 1957r)

W tym samym roku żona ukończyła Akademię Ekonomiczną i podjęła pracę jako stypendystka w Jelczańskich Zakładach Samochodowych. Po ślubie mieszkaliśmy wspólnie w hotelu przy moim zakładzie „Archimedes”. W roku 1975 urodziła żona nam zdrowego i dużego syna któremu daliśmy na imię Marek- Igor. Wszystko tak szczęśliwie ułożyło się, że jak żona wyszła z malutkim synem ze szpitala we Wrocławiu, ja zdążyłem przygotować i częściowo umeblować mieszkanie w Oławie, które żona otrzymała ze swego zakładu pracy. Od tego czasu ja dojeżdżałem do pracy do Wrocławia , a żona do Jelcza. Trzeba przyznać, że jak pracowała żona i ja dużo nam pomagali rodzice żony ,którzy mieszkali na wsi koło Wiązowa, gdzie często przebywał nasz syn Marek. W roku 1981 urodziła się nam córka blondyneczka z niebieskimi oczami, której daliśmy na imię Ewa-Anna. Mieszkając w Oławie dokuczliwe były dla mnie dojazdy do pracy we Wrocławiu, w tej sytuacji poszukałem pracy w miejscu zamieszkania. Bez problemu znalazłem pracę w Państwowym Ośrodku Maszynowym w charakterze technologa. Z żalem i smutkiem odszedłem z „Archimedesa” we Wrocławiu. Zakład ten wiele dla mnie znaczył, byłem bardzo z nim związany. Przepracowałem w nim ponad 13 lat. Bardzo utkwił mi w pamięci moment wprowadzenia stanu wojennego w tym zakładzie, ponieważ „Archimedes”, Dolmel i Pafawag były głównymi zakładami o silnej i dobrze zorganizowanej strukturze Solidarności. Widziałem na własne oczy moment pacyfikacji tego zakładu, jak czołgami zniszczono bramę wjazdową do zakładu oraz murowane ogrodzenie i w ten sposób złamano opór robotników. Na drugi dzień nie było już w pracy najbardziej zaangażowanych robotników w Solidarności, zostali w sposób brutalny zabrani ze swoich domów – internowani.
Nadszedł dzień 02.01.1986r rozpocząłem pracę w POM Oława jako technolog specjalista. Pracę miałem różnorodną zajmowałem się technologią, normowaniem materiałów i czasu pracy, kalkulacją, wyceną wyrobów itp. Doświadczenie zdobyte w „Archimedesie„ było bardzo przydatne , ponieważ pracę musiałem wykonywać samodzielnie. Zajmowałem się również sprzedażą wyrobów produkowanych  przez POM Oława, jeździłem po Agromach w Polsce i sprzedawałem wszelkimi sposobami , ponieważ pojawiło się w naszym kraju dużo prywatnych zakładów i była silna konkurencja. W tej sytuacji wiele POM-ów nie wytrzymało konkurencji i upadło. Przyszedł czas na POM w Oławie, który także upadł, dopiero w 1996r. Wszyscy pracownicy otrzymali wypowiedzenia łącznie ze mną. Tym sposobem przepracowałem w Oławie 10 lat.

Na zdjęciu od lewej: od lewej moja mama Helena, córka Ewa, syn Marek, Ja i żona Halina Kromplewska (Oława 1982r)

Dnia 30.03 1995r otrzymałem smutną wiadomość od mego brata Mariana z Kętrzyna , że zmarła moja mama. Pojechałem z żoną na pogrzeb. Mam została pochowana obok grobu babci razem z ojcem.
Życie toczy się dalej, przyszedł czas szukania następnej pracy, o którą nie było łatwo bo już pojawiło się bezrobocie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności i znajomości powróciłem ponownie do pracy w „Archimedesie” jako technolog narzędziowy.
Rozpocząłem pracę w gronie znajomych kolegów i pracowników i tu trzeba przyznać, że była bardzo przyjazna i miła atmosfera pracy. Pracowało się w nowych i zmienionych warunkach, ponieważ „Archimedes” nie był już przedsiębiorstwem państwowym. Wiele pracowników doświadczonych i z dużym stażem odeszło na emerytury i renty. Stan załogi zmniejszył się z 1800 osób do 600, a następnie do 300. Nadszedł czas restrukturyzacji przedsiębiorstwa i zmiany profilu produkcji. W 2000r zakończyłem definitywnie prace zawodową i po 35 latach pracy przeszedłem na świadczenie emerytalne.

Obecnie będąc na świadczeniu emerytalnym zajmuje się działką ogrodową , genealogią, oraz robieniem zakupów i przygotowaniem posiłków . Żona Halina pracuje w Hucie Oława wraz z Synem Markiem , który ukończył Politechnikę Wrocławską, a córka Ewa aktualnie napisała prace magisterską i szykuje się do jej obrony na Akademii Ekonomicznej. Będąc na emeryturze często myślę jak żyje i jak się powodzi mojej rodzinie na Litwie, oraz jak wygląda kościół w Smołwach i okolice rodzinnej miejscowości. Bardzo pragnąłem i marzyłem jak tam pojechać i odwiedzić moją rodzinę.

Ja z żoną Haliną  Litwa-Troki (lipiec 2004r)

Moje marzenia spełniły się. W lipcu 2004r pojechałem samochodem odwiedzić rodzinę i ziemie moich ojców na Litwie. Pojechałem z żoną , córką i jej chłopakiem Remigiuszem. Zwiedziliśmy piękny zamek w Trokach i okolice , oraz przepiękne Wilno z zabytkowymi kościołami, cmentarz na Rosie i wiele innych zabytków , gdzie ślady polskości i polską mowę spotyka się na każdym kroku. Przewodnikiem naszym po Wilnie był Albert Wołk student historii, który bardzo wiele dokumentów metrykalnych potrzebnych do rodzinnego rodowodu wydobył z Archiwum Historycznego w Wilnie. Następnie pojechaliśmy przez Święciamy , Ignalinę , Rymsze do Visaginas, gdzie oczekiwała nas z wielką niecierpliwością moja sympatyczna rodzina tzn. bratanek Czesław, jego żona Renia i córka Danusia ze swoim chłopakiem Igorem. Ugościli nas bardzo mile, serdecznie i rodzinne. Zwiedziliśmy ich miasto Visaginas łącznie z Elektrownią Atomową Ignalina. Pojechałem także do Smołw gdzie jest mój rodzinny kościół i parafia. Zwiedziliśmy ten ładny i zabytkowy kościół oraz pobliski parafialny cmentarz .Trzeba przyznać , że kościół ten jest zaliczony do zabytków , jest przy nim pamiątkowa tablica informująca i ma 400 lat. Następnie poszliśmy do Plateryszek, gdzie stała kiedyś nasza rodzinna chata, gdzie ja jako młody chłopiec chodziłem na grzyby i jagody. Pozostał w miejscu chaty tylko krzak bzu i jabłoń. Teren tam jest nie zamieszkały ,a w koło są piękne łąki i pachnące kwiaty po których biegałem i stawiałem pierwsze kroki w moim życiu . Następnie pojechaliśmy do Tylży , gdzie jest pochowany mój brat Janek. Zrobiła mi tam córka pamiątkowe zdjęcie przy grobie mego brata. Odwiedziłem także wieś Matejkiszki gdzie mieszkał mój ojciec, oraz cmentarz. Cmentarz ten obszedłem dokładnie krok po kroku szukając grobów moich przodków, gdzie byli chowani także z Kajat- rodzinnej miejscowości mego ojca. Niestety nic tam ciekawego oprócz dwóch grobów Krumplewskich nie znalazłem. Trzeba przyznać ,że cmentarz jest zaniedbany , ponieważ wiele rodzin w Matejkiszkach już nie mieszka i nie ma kto zajmować się grobami. Następnie podjechaliśmy do Zygmunciszek, gdzie także mieszkali Krumplewscy o nie ustalonym pokrewieństwie. Zrobiłem tam sporo zdjęć nagrobków Krumplewskich i do dziś nie mogę rozszyfrować czy oni są moimi kuzynami. W jedną z niedziel pojechałem z żoną i kuzynką Renią odwiedzić siostrę stryjeczną Wandę Korzeniowską, której nigdy nie widziałem. Mieszka ona we wsi Prutełka nad pięknym jeziorem przy granicy z Białorusią. Przyjęci zostaliśmy bardzo serdecznie i rodzinne łącznie z poczęstunkiem. Powodzi im się tam wyjątkowo dobrze i dostatnio. Zrobiliśmy wspólne pamiątkowe zdjęcia z siostrą Wandą i jej synem Mariuszem. Należy także wspomnieć miłe spotkanie z moją bratową Jadwigą i jej córką i wnuczką , przyjechały one do Visaginas do mego bratanka Czesława specjalnie na spotkanie ze mną. Opowiadała mi bratowa z płaczem tragiczny wypadek mego brata Janka i trudną swoją sytuację materialną, jak została samotna z dziećmi. W tym czasie przyjechał także siostrzeniec mojej bratowej z Kętrzyna Henryk Waszkielis z córka Elżbietą i z Zięciem Arkiem Pierzchałą. Krótko mówiąc zjechały się dwie rodziny z Polski i kilka rodzin z Litwy, prawie jak zjazd rodzinny, to wszystko zostało utrwalone na pamiątkowym zdjęciu rodzinnym. Zakończyło się wspólne piękne i rodzinne przyjęcie u mego bratanka. Następnego dnia nadszedł czas odjazdu i pożegnania z moją sympatyczną i bliską rodziną, ze łzami w oczach pojechaliśmy do Polski.
Po drodze w miejscowości Anyksciaj wstąpiliśmy do mego brata stryjecznego Stanisława , który tam mieszka ze swoimi rodzicami. Zostaliśmy bardzo mile i rodzinne przyjęci uroczystym obiadem ze świeczkami i lampką czerwonego wina . Spotkaliśmy się z jego rodzicami, ojciec jego [mój stryjek] miał 92 lata , a mama 90 lat [obecnie już nie żyje]. Po uroczystym obiedzie oglądnęliśmy rodzinne zdjęcia i zwiedziliśmy piękny kościół w którym brat Stanisław pełni funkcję dziekana. Wieczorem zawiózł nas ksiądz Stanisław do pięknego ośrodka nad rzeką Świętą na nocleg . Tam zafundował nam wspaniałą kolacje z koniakiem. Rozmawialiśmy długo o naszych rodzinnych sprawach . Po dobrze przespanej nocy, raniutko poszliśmy nad rzekę Świętą. Pooglądaliśmy rybki w czyściutkiej wodzie, pospacerowaliśmy oddychając czystym i zdrowym powietrzem, a tu patrzymy podjeżdża ksiądz Stanisław. Zasiadaliśmy wspólnie do śniadania w sympatycznej kawiarence, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia przed ośrodkiem, a następnie pojechaliśmy do księdza na plebanię. Rozmawialiśmy ponownie z jego sympatycznymi rodzicami, a ksiądz z wielkim zainteresowaniem i uznaniem oglądnął mój rodzinny rodowód. Szybo i mile minęła doba pobytu u księdza Stanisława. Po pożegnaniu i udzielonym błogosławieństwie na drogę, szczęśliwie dojechaliśmy do Kowna , gdzie zatrzymaliśmy się na 3 godz., zwiedziliśmy katedrę i częściowo miasto. Dalsza podróż minęła bez problemu aż do samej Oławy.
W ten sposób zrealizowałem swoje marzenia o odwiedzeniu rodzinnych stron i ziemi moich przodków. Dobrze, że jest obecnie otwarta granica z Litwą , można bez problemu jeździć do rodzinki co tydzień lub częściej.
Obecnie jest czerwiec 2005r planuję jechać do Kętrzyna odwiedzić moich braci, siostrę Bronisławę, cioteczną siostrę Jadwigę Hryniewicz i braci stryjecznych Leona, Stanisława i Czesława, oraz mego wujka Piotra Wilczyńskiego , który wiele mi pomagał jak chodziłem do szkoły . Kętrzyn jest miastem bliskim mojemu sercu, tu kończyłem szkołę średnią i rozpocząłem pierwszą pracę zawodową . W Kętrzynie są pochowani moi rodzice, kuzyni, ciocia Stefania Sienkiewicz i stryjek Wacław. Polecam do oglądnięcia stronę internetową o Kętrzynie mego kolegi Edmunda Orłowskiego z Ostrołęki. A oto ta strona: http://oketrzynie.blog.onet.pl/
W ten sposób zakończyłem swoją opowieść począwszy od Plateryszek przez Kętrzyn , Kłodzko, Wrocław i Oławę. Uważam, że każdy powinien zapisać swoją historię życia i swoją tożsamość sięgając do korzeni i przeszłości swoich przodków, zgodnie z tym co powiedział w 1920r Józef Piłsudski „ Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości , ten nie jest godzien szacunku teraźniejszości, ani prawa do przyszłości”

Franciszek Kromplewski, Oława, dnia 18-06-2005 r.

 

Aktualizacja: czerwiec 2007

Napisz do Franciszka

Kodowanie: Unikodo UTF-8

Aktualigo: junio 2007

Bonvolu skribi al Franciszek

© Franciszek Kromplewski 2005